piątek, 27 grudnia 2013

... dopadł Pana Męża. On jeszcze nie wie, jest w nastroju refleksyjnym, nie umie tego nazwać, ale czuje, że coś go w życiu omija...Ja, swoim racjonalizującym wszystko umysłem  umiem w kilku zdaniach powiedzieć o co chodzi. Innym słowy, spłycić. Chodzi o świeżą dupę.

Prywatnie uważam, ze w monogamicznych związkach nie można liczyć na wierność. Ci co twierdzą inaczej, albo nie mają okazji, albo wzięcia, co w sumie na jedno wychodzi. Od siedemnastu lat jestem w związku z tym facetem. Miałam kilka okazji, które przepuściłam w imię zasad.Ok, jedna przepuściłam, bo mnie koleżanka wyciągnęła z samochodu zmierzającego do mieszkania kolegi. Od jakiegoś czasu nie mam okazji - wolę tak o tym myśleć, ale ten brak okazji bierze się raczej z braku wzięcia. Biip. Czas minął. U Pana Męża jednak, przeciwnie, zyskał na atrakcyjności niczym Sean Connery.  Nie jest studencikiem bez kasy, na którego poleciałam, tylko gościem na stanowisku.

Czy czuję, ze coś mnie ominęło? no kurwa, raczej. bzykam się od 17 lat z jednym facetem. Czy go rozumiem? pewnie, do Angeliny Jolie mi daleko. Ale cieszę się z innych rzeczy i co innego daje mi satysfakcję. Przyjaźń, np. nieczęsto spotykana po tylu latach. Motyle w brzuchu nie mają szans tyle przeżyć.

Ale on się zastanawia, czy spędzając życie ze mną nie traci czasu, bo może za rogiem jest i przyjaźń i namiętność. Och, ładniej to ujął, ale o to chodzi. Jak to się załatwia? od liceum tak samo - zasługujesz na coś lepszego, łączy nas coś szczególnego, ale ja jestem najwyraźniej niezdolny dać ci coś więcej.

Czy wolałabym, żeby odświeżył się na boku, poza moją wiedzą? byłoby łatwiej z pewnością. Czy to, że sobie otwarcie porozmawialiśmy to świetnie? nie sądzę. Skoro nie spodziewałam się trwałej monogamii, dlaczego jestem rozbita? myślałam ze nam się to nie przydarzy?

Nie, nikt nie mówi jeszcze o rozwodzie, nikt nie wspomina o tej trzeciej... a jednak czuję, że to początek nowego etapu.

19:17, srokawgarsci , codziennik
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 grudnia 2013

Kto by pomyślał. Ostatni raz pracowałam tak z 10 lat temu. Albo jeszcze wcześniej. Z konieczności się to zaczęło, nie z wyboru. Ale dziś zakiełkowała we mnie myśl, ktora mnie zaniepokoiła.

 

Od początku. Skoro u nas wszystkie albo na macierzyńskim, albo na przed macierzyńskim zwolnieniu to roboty kupa. Nowi jeszcze nie kumają , nie dostają poważnych spraw, bo zjebią, a nikt nie ma czasu ich uczyć. Klienci, jakby miał być koniec świata co najmniej, wszystko chcą teraz. Wszystko jest pilne, ważne, nikt nie chce. Dostaję dziennie przynajmniej setkę maili. Co wyprowadzę się na prosta poprzez siedzenie na drugiej szychcie, to zaraz jest jakieś bagno, które nie pozwala mi pracować w godzinach pracy, i tak 8-16 zajmuje się popychaniem spraw, przerzucaniem łopatą właściwie, gaszę pożary,  a po 16, jak już moi klienci - chlebodawcy (klient płaci Ci pensję) pójdą do domu, albo raczej nic się już nie da załątwić, bo urzędy nie pracują, wtedy zaczynam pracować. 

Siedzę po godzinach. Wracam późno. Zrezygnowałam z treningu. A dziś pomyślałam sobie z satysfakcją, że hej, jak fajnie, pożytecznie spędzam czas, tyylle z kupki mi zeszło. Tak pożytecznie bym w domu czasu nie spędzila. Kozę bym do lekcji pogoniła, albo bym jej sprzątać kazała. Z babcią się świetnie bawi, a ja tu jeszcze kilka spraw popchnę hej. Naprawdę ledwo oparłam się chęci popracowania dłużej! nie rozpoznałam siebie!

I już rozumiem, czemu moi koledzy siedzą w robocie nawet kiedy nie muszą. To jest to poczucie bycia potrzebnym. W domu tego nie mamy, ot co. 

Teraz kiedy już rozpoznałam problem, jakoś się wybronię. Popracuję tak jeszcze ze 2-3 tygodnie. No roboty będę miała dużo do kwietnia, ale nie będę siedzieć dla frajdy, będę miała z tyłu głowy dzisiejszą refleksję. I zaplanuję sobie jakieś fajne rodzinne wieczory, albo z Kozą tylko, dla równowagi.  

22:29, srokawgarsci , lepsza ja
Link Komentarze (2) »
czwartek, 05 grudnia 2013

Koza podrapała się po głowie. Popatrzyłam, pomyślałam, ze to pewnie ten szampon co go używałyśmy ostatnio (włosy ma długie do pasa, sama nie myje). Wysypki nie odkryłam. Umyła włosy innym, drapie się dalej. Głowę obejrzała babcia, pielęgniara. Nic nie wykryła.

Dwa dni później we włosach Kozy pojawił się jakiś paproch zaplątany. Patrzę, mucha jakby. Wołam babcię, wiele lat żyje na świecie, mówi że nie wie co to za stworzenie. Wesz nie chyba. Znalazłam jeszcze kilka małych czarnych paproszków, maleńkich, mniejszych od ziaren maku. Jak popiół raczej. Głowę posypała sobie? 

Na wszelki wypadek urozmaiciłam sobie wieczór oglądaniem obrazków w internecie, wielkie robale, nic a nic nie przypominają tej jakby muszki owocówki. Podniesiona na duchu poszłam spać, a na drugi dzień, u lekarza wizytowanego na okoliczność zapalenia gardła zagaiłam o tę muszkę. I o popiół. Doktor nie wie, we włosach nic nie widzi, w życiu wszy na żywo nie widział. No to jest nas już kilkoro.  Ale podobno jest wszawica w naszej aglomeracji, nawet na miejskim portalu o tym pisali, na wszelki wypadek pani dziecko potraktuje szamponem i podda obserwacji.

Koza szczęśliwie zapadła na zapalenie gardła, to czasu mamy co niemiara, żeby dezynfekować, prać, przeglądać. Zdezynfekowałam raz. Przegląd włosów zajął mi dwie godziny. Znalazłam 3 robale, żywe jeszcze, ale niezbyt ruchliwe. Nawet się ucieszyłam. Uwierzyłam w sensowność mojej misji, bo już wątpiłam, że tę muszkę widziałam. Koza otrzymała szlaban na nocne wizyty w łożkach mieszkańców; na nas niczego nie znaleźliśmy. Koza szlabanu przestrzega. Kolejnego dnia przegladam włosy i nie wierzę własnym oczom! kolejny robal. Pędzę do apteki i tym razem proszę o porządny środek. Dostałam jakieś oleiste gówno, błe, ale znalazłam 1o kolejnych trupów (kolejne 2 godziny). Mnie samą już wszystko swędzi. Moją głowę sprawdza fryzjerka. Nadal jest dobrze. Obsesyjnie sprawdzam głowę Kozy, kilka razy dziennie. Nie ma oznak życia. Boję się puścić dziecko do szkoły, ale juz wyzdrowiała.

XXI wiek. Pamiętam, jak 30 lat temu matka sprawdzała mi głowę i przemycała sugestię, zeby od niektórych dzieci trzymać się z daleka. XXI wiek, szampony na półkach i ciepła woda w kranie. Podobno to druga fala wszawicy w naszej szkole, pierwsza była we wrześniu. Nie dotarła do mnie taka informacja. Nie wiem, czy gdyby dotarła to byłabym czujniejsza. Czuję, ze zatajono przede mna tą informację. Podobno były sprawdzane głowy (trzeba było wyrazić zgodę na początku września), ale myślałam, ze to rutynowe działanie. Sama poprosiłam lekarza, żeby zawiadomili szkołę, ze jest przypadek wszawicy. Koza ze swoim towarzystwem posiedziała w domu. Oficjalnie z powodu zapalenia gardła, a jakże - przecież się nie przyznajemy ;).

Tagi: wszawica
21:58, srokawgarsci , codziennik
Link Komentarze (4) »
wtorek, 26 listopada 2013

W mojej rodzinie - tzn.odkąd założyłam własną - w rodzinie mojego pochodzenia, planowanie Wigilii zaczynało się w październiku. Będąc młodą mężatką, dziewczęciem nieskonfliktowanym ze światem, śmiałam się z mojej mamy. Że za wcześnie na myślenie o wigilli. Matka oczywiście knuła plany dot. prezentów i potraw - teraz sama ją rozumiem, lubię się przygotować, bądź co bądź. Słusznie prawią, ze człowiek się z wiekiem do rodzicielki upodabnia. Ja się upodabniam, i to niestety nie tylko w kwestii prezentów i planowania.

Dopóki z rodzicami mieszkał mój brat, problem nie był duży. Szwagierka na Wigilię nie zaprasza, teściowa spolegliwa, raz świeta z nami, raz z nią, a jak razem to 23.grudnia. Zamieszkaliśmy razem z teściową - kolacja albo u nas, dla wszystkich, albo u rodziców - do czasu, bo się teściowa zniechęciła do Pani Matki kolacji wigilijnych. Atmosferka jej nie odpowiadała. Że się jak uboga krewna czuje. Trochę sobie wkręca, no ale co ja ją będę oceniać, skoro sie czuję jak scenografia.

W ubiegłym roku wypięłam się na rodzinę. Nie bedę z obcymi spędzać świąt, postanowiłam. Ojca nie było, nie zależało mi. Brat wprawdzie bąknął, że to takie rodzinne święta, że może coś zmienią w rodzinnej konstelacji. Pamiętam tę rozmowę - powiedziałam, ze jak się nie widzieliśmy pół roku to niewiele zmienią, ale mam nadzieję, ze do kolejnych uda nam się spotkać, chociaż raz w miesiącu - mieszkamy w tym samym mieście w końcu, wzmocnić relację bratersko-siostrzaną. Spotkaliśmy się raz.

O tegorocznych świetach, ze skurczem żołądka zaczęłam myśleć we wrześniu, rozpatrując różne możliwości.

W tym roku podjazd zaczęła Pani Matka, niewinnie zagadujac o prezenty dla Kozy. Dałam sie podejść, jakie prezenty, mówię, skoro Wigilia niewiadoma? a no właśnie, córko, skoro już poruszyłaś ten temat..to zastanówmy się może jak z Wigilią w tym roku. Od słowa do słowa, okazało się, że nie mam się co zastanawiać, bo w zasadzie do przyjęcia jest tylko jedno rozwiązanie - kolacja dla nas u mamy. Tylko że ona pracuje do późna, akurat.  (Ojca nie będzie, niestety, co bardzo mi ułatwia decyzję). No, to skoro pracuje, to moze do nas da się zaprosić? a co z bratem? nic. nie zapraszam. a to nie. U niej. bo moze jednak nie bedzie pracować. A ja że Pan Mąż z bratem nie. (no niestety). Ale że chciałabym jak w ubiegłym roku zaprosić do nas jej siostrę, wiec moze jednak u nas. Nie, ona z siostrą nie. A jak Pan Mąż z bratem nie, to nie jej problem jest. No niby nie, ale co na Wigilię bez ojca dziecka mam jechać? A co dziecku powiem? A tak w ogóle to ja z konkubiną mego brata też nie.A co, sroce z pod ogona nie wypadłam.

No i chuj. Taka Wigilijna atmosfera się poczyniła, że ostatecznie zaproponowałam, żeby każdy spędził święta z tymi, których lubi. My - z ciotką. Matka - z moim bratem i jego rodziną.

Mówią, że Święta to czas wybaczenia. No, łatwo o wybaczenie, jak się człowiek z tymi, z którymi naprawdę powinien się spotkać i porozmawiać, nie spotyka.

niedziela, 03 listopada 2013

Koza wróciła ze szkoły w pierwszym tygodniu września, i oznajmiła; mamo, ja już jestem prawie dorosła, ja muszę mieć telefon. No, dorosła. 7 lat!

Temat umarł na jakis czas, tj. do minionego tygodnia. Ona musi mieć telefon i ma na to argumenty. Ona nie chce wcale grać, ona chce dzwonić do mamy; bo ją czasem boli głowa, a Pani dzwonić do mamy nie chce! Albo mój głos usłyszeć chce, bo tęskni. No, jakby były jakieś fajne gry, to ona chętnie. Na przerwie by pograła. A Ania to ma telefon. I wszyscy mają. Ania dziś na przerwie do mamy dzwoniła (mama odprowadza i odbiera, po co dzwoniła? a, tęskni. Głupie pytanie). Ile to wszyscy? no, ta na pewno to 5 osób. Ale o komunii to już wszyscy będą mieli, a ona biedna? a przecież mamy w szufladzie te stare telefony! to taakie niesprawiedliwe! i nie zgubi, nie ukradną, ona będzie pilnować. Aha! jak temperówki, i bluzy i piórnika.

Najśmieszniejsze, że sama się złapałam na tym, że chciałabym do niej zadzwonić. Po co? w stajni np, jak ja na placu, a ona w stajni - że czas kucyka czyścić, bo ma wsiadać zaraz. Albo, jak się oblała wodą w szkole, to bym jej przypomniała, że ma ciuchy na WF i może się przebrać, a tak, to mnie świetliczanka ściągała do szkoły, ze dziecko mokre, może się posikało, a ubrań nie ma, nienienie.

Moje koleżanki z biura wydzwaniają do swoich dzieci co godzinę, a czy wstał? czy zjadł? czy ubrał się. Serio. A potem, że już pora wyjść z domu. A potem, czy już jest w drodze do szkoły. I tak cały czas, aż wyjdzie ze szkoły. Dzwonia i pytają jak im dzień minął, a przecież sie jeszcze kurwa nie skończył! o czym będą gadać przy obiedzie? czy ona to musi wiedzieć od razu?

Ale jak już Koza dostanie ten telefon, to czy ja będę umiała tak nie dzwonić?

Jak dawała radę moja matka? Jak ja dawałam radę wyjść z domu, dojść do szkoły, ba! zrobić zakupy?

Ja na przykład nie byłam na cmentarzu!

Nie lubię. Zimno, trudno przecisnąć się między ludźmi, no i - na szczęście -  zasadzie nie mam kogo odwiedzać. I oby tak zostało. Czuję wprawdzie, że teściowa byłaby może lepiej nastawiona do świata, gdybyśmy się wybrali z listopadową pielgrzymką, ale ja wolę teścia powspominać przy kominku. Poza tym, przez cały rok jesteśmy rzadkimi gośćmi na cmentarzu, więc ten 1. listopada to byłaby taka ... bo ja wiem, tylko dla zwyczaju, a nie dla pamięci.

W każdym razie. Piękny to był weekend, bo poza tym, ze na koniu moim dwa razy w dzień, za jasnego było mi dane jeździć, to jeszcze spedzilismy sporo czasu razem, jak rodzina wreszcie. Fakt, ze sporo czasu pochłonęło nam oglądanie Władcy Pierścieni, ale jednak. Pan Mąż zabrał dziecię na mecz lokalnej drużyny piłkarskiej, co to kiedyś była w Ekstraklasie. Dziecięciu najbardziej podobało się obserwowanie zadymy na trybunach prawdziwych kibiców, i pyta, kiedy pójdą kolejny raz. Niech idą; ja w tym czasie nie sprzątałam, nie gotowałam, nie uczyłam się. Robiłam mój domek dla lalek. Bardzo się już posunęłam w pracach, co może będę mogła pokazać niedługo.

Za tydzień kolejny długi weekend! może pójdziemy na jakiś pochód. I na cmentarz do teścia, przy okazji; wtłaczanie do głowy przez pół życia, co należy, a co nie, powoduje, ze mam jednak pewien dyskomfort, jak w listopadzie cmentarza nie nawiedzę. ;)

22:56, srokawgarsci , codziennik
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 listopada 2013

Pojechałam dziś z Konixem na spacer. Na Konixsie. Sami, we dwoje ;). To duże wydarzenie, bo mało bywam w lesie, a jak już to zawsze w towarzystwie innych koni. Najpierw miałam stracha po tym, jak się połamałam, potem Konix był młody i niewiele umiał, potem leśnicy zamknęli nam wjazd, a potem to sie już zwyczajnie bałam, że przestraszy nas sarna.

Bo konie boją się dwóch rzeczy - ruchomych i nieruchomych ;)

Ale nie Konix. Jego denerwują sarny i rowerzyści. Tu uwaga - jeśli jesteście rowerzystą, nie pędźcie koniowi za zadem, może się wystraszyć, kopnąć, albo co...

 W każdym razie odważyłam się, było pięknie, liście szeleściły pod czterema nogami. Wiatr we włosach i w ogóle. I taka refleksja mnie naszła, ze tak w tym lesie we dwoje jesteśmy i mamy prawo być wystraszeni, bo to niecodzienna sytuacja. A jednak idziemy - on bo mnie słucha, co samo w sobie ciągle mnie dziwi u zwierzaka, który waży 600kilo (!), a słucha bo ufa. Ja, bo przez ten czas który razem spędziliśmy nabrałam do niego zaufania; nigdy mnie nie zawiódł, zawsze stara się wykonać zadanie, nawet jeśli ja spieprzę (na ostatnich zawodach skoczył przeszkodę po tak fatalnym najeździe, ze gdyby to był trening, to bym odpuściła - spodziewałam się, że odmówi, a on skoczył!). I w zasadzie jest nieustraszony. Jak się wystraszy to odskoczy na parę kroków, ale reaguje na jeźdźca, nie ponosi.

Jeździectwo to sport oparty na zaufaniu. Z tym koniem bardzo to czuję, bo to drugi koń w moim życiu, któremu ufam. Zawsze bałam się skakać; na nim skaczę, chociaż nadal trochę sie boję. W tym roku jechałam zawody skokowe 3 razy. Za każdym razem byłam spokojniejsza, za każdym razem lepiej jechaliśmy. Nie chodzi o wysokość - bo mamy jeszcze duży zapas nad drągami - tylko o moje emocje.

Kilka lat temu nie marzyłam nawet że będę jeździć na własnym koniu. Marzyłam o byciu na zawodach, o byciu w gronie zawodników, o chodzeniu w białych bryczesach. I oto jestem ;)

Teraz marzę, żeby skakać 120 cm.

Pan Mąż dziwi się, ze można całą zimę jeździć na hali 20x40 m i doskonalić ustawienie palców u ręki. Ale nigdy nie poczuł jak to jest, kiedy te palce właściwie działają.Kiedy koń odpowiada na łydkę, idzie od zadu, i odpuszcza w potylicy. Mnie nie zawsze się to udaje, ale minął już czas, kiedy cieszyłam się, że galopowałam i nie spadłam.

Pan Mąż śmieje się, ale rozumie. Cudownie jest móc robić to co się kocha i doskonalić się.

21:51, srokawgarsci , konie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 października 2013

są zamknięte. Rozumiem; sama zamknęłam poprzedni, ale i tak mi smutno. Zżyłam się kapkę!

22:42, srokawgarsci
Link Komentarze (4) »

Kąpiel.

Nie zapomnij o sobie; przynajmniej raz w tygodniu zapewnij sobie czas 'tylko dla siebie". Zamknij się w łazience i zafunduj sobie kąpiel z pianą.

Zdarzyło Wam się kiedyś wpaść na tego typu poradę dla matki? no wszystko jedno czy matki, kobiety, żony, cokolwiek.

No to głupota taka, ze hej. Mam lepsze sposoby spożytkowania godzinki. No, godzinki, bo jak już naleję sobie te 300 trylionlitrów wody, podgrzanej specjalnie w tym celu do temperatury 2 razy wyżej niz normalnie, to szybciej wyjśc nie wypada. No to od razu walę sobie peeling, maseczkę, świeczki odpalam, że niby nastrój, ale czytać się nie da; jak czytać to przy oświetleniu żarówkowym i chuj nastrój strzela.Jak światło, jak w łazience tyle czasu to i depilacja. I potem weź to sprzątaj! Gorąco, wino uderza do głowy (nastrój i relaksacja), jestem zmęczona łazienkową działalnością, wystarczyło wskoczyć pod prysznic, wino zabrać do łóżka i łupać w Cywilizację!

 

poniedziałek, 28 października 2013

To ja.

wspomniałam, że z powodu najwyraźniej nudy, której przyczyną jest brak planowanych remontów (embargo na remonty wymuszone przez Pana Męża) i  brak planowanych urlopów (chwilowy brak weny spowodowanej nieustającym powietnamskim hajem), zapisałam się na podyplomówkę? Miła ona, w zasadzie wypada raz w miesiącu, poza pewnymi wyjątkami. No, tak to można studiować! i temat interesujący.

Chciałabym móc zwolnić, ale nie mogę. Wczoraj sobie tak uświadomiłam, że umrę! to chyba ten listopad za progiem, co wyje.  I taka poważna refleksja mnie naszła, że chciałabym zostawić po sobie coś wartościowego, pięknego. A co robię całymi dniami? przekładam teczki, szufluję sprawy, więcej, więcej, szybciej, szybciej.

Dygresja: kilka tygodni temu, po treningu, oporządzeniu Konixa, Koza powiedziała; mamo, chodźmy do lasu, na spacer. Najpierw się spięłam, kapkę. Że niby spacer? a po co? że do domu miałyśmy jechać, że coś tam. Ale ona o ten spacer zagaiła znowu. I poszłyśmy. I było super, bo postanowiłam, ze nie będę się spieszyć. Zbierałyśmy żołędzie, liście, oglądałyśmy ślady pozostawione przez dziki. Zwolniłam. Kosztowało mnie to trochę samodyscypliny. Koza była niesamowicie zadowolona, i taka...spolegliwa. Jak nie ona. Wracam teraz często do tego popołudnia, do tych uczuć i jest mi miło. Od tamtego dnia kolekcjonuję takie momenty. Odpoczywam.

I dzisiaj umarł Mazowiecki. No fakt, miał 86 lat.  Będą o nim pisać w podręcznikach historii. Lubiłam staruszka - dla mnie on zawsze był stary ;).

Premierem nie będę. Ale chciałabym skoczyć stacjonatę 130 cm. I jeszcze, żeby Koza pamiętała, że zbierała ze mną te żołędzie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10